Nasz jerychoński gość Adam Woronowicz zaprasza do Pratulina (video)

Nasz jerychoński gość Adam Woronowicz zaprasza do Pratulina (video)
Nasze życie to ostatecznie walka o zachowanie wiary, o zbawienie. Z tym nie ma żartów. Nie wolno się tym bawić – mówi Adam Woronowicz gośc tegorocznego Jerycha Młodych.
Czym jest wiara?
Ludzie często mnie o to pytają. Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałem, bo wiara zawsze była dla mnie czymś naturalnym, trochę jak kromka chleba. Ona zawsze była koło mnie, i nigdy nie miałem z nią problemów. Zaczęło się od moich rodziców, od mojej babci, która brała mnie za rękę i prowadziła do kościoła. Nikt nie dorabiał do tego filozofii, nie szukał uzasadnienia. Po prostu szło się do kościoła, na wakacjach odmawiało się różaniec. Powoli dostrzegałem, że wiara w prostych ludziach jest czymś tak naturalnym, tak normalnym, że można powiedzieć, że jest w nich zawsze. I taka wiara wrastała we mnie. Teraz bez tej wiary nie potrafiłbym już żyć.
I nigdy nie było kryzysu? Niebo nie stanęło Ci w płomieniach?
Były przełomy, ale nigdy takie, żebym mógł o sobie powiedzieć, że byłem niewierzący, że straciłem te korzenie, w które zostałem wszczepiony. Punktem istotnym było oczywiście uświadomienie sobie, że ten Bóg dzieciństwa jest Bogiem żywym, który zbawia. I to się stało w drugiej klasie liceum, Zaczęło się od butów, których nie miałem i nie mogłem pójść w góry z całą Oazą. Zostałem więc w Limanowej na sobotę i niedzielę z trzema kolegami. I pamiętam, że poszliśmy na mszę niedzielną do innej grupy. Ta liturgia trwała trzy godziny, bo oni wtedy postanowili, że będą się za siebie modlić. Do mnie też podeszła dziewczyna i powiedziała, że będzie się modlić za mnie. Nie za bardzo wiedziałem, o co chodzi. Ale stałem naprzeciwko niej. I choć fizycznie nie zmieniło się nic, to duchowo zmieniło się wszystko. Przyjąłem Chrystusa jako Zbawiciela, zacząłem inaczej patrzeć na świat, i choć może to zabrzmi niewiarygodnie, ale od tego momentu zaczęło się też moje aktorstwo.
Aktorstwo zaczęło się od modlitwy w kościele, od przyjęcia Chrystusa za Zbawiciela?
W pewnym sensie tak. Zacząłem się spowiadać, modlić. Przestałem się bać, otworzyłem się na ludzi. A tak po ludzku zaczęło się od tego, że zostałem animatorem oazowym i uświadomiłem sobie, że mam mówić o Chrystusie, a nic o Nim nie wiem. Zadrżałem wtedy i zacząłem prosić o nawrócenie. Żyłem dalej normalnie, chciałem być historykiem, i nagle podczas przedstawień teatralnych zacząłem wpatrywać się w aktorów i podziwiać ich powołanie. Pojechałem do Warszawy na „Mistrza i Małgorzatę”, podszedłem do sceny w Teatrze Współczesnym i miałem poczucie, że chcę tam tylko postać. Nic więcej! Nie chodziło o zostanie aktorem, ale o potrzebę bycia tam. Strasznie się na początku wstydziłem tego uczucia, ale powoli uświadamiałem sobie, że muszę być aktorem.
A o kapłaństwie nie myślałeś?
Księża mnie przekonywali, że byłbym bardzo dobrym materiałem na księdza. I sam o tym myślałem. Ale czułem, że to by było za proste, tak zwyczajnie pójść do seminarium. Chciałem mieć pewność. I tak się jakoś złożyło, że choć nie dostałem się do szkoły aktorskiej w Łodzi, to przyjęte mnie do Warszawy. Całkiem niedawno zresztą zaproponowano mi wykłady w Łodzi...
A szkoła aktorska nie zachwiała Twoją wiarą. Jest taki stereotyp, że w tej szkole wiara, jakby to powiedzieć, najistotniejsza nie jest, i łatwo ją stracić.
To było trudne miejsce. Studia są często trudne dla wiary. Wielu traci wiarę. I mnie też było bardzo trudno. Szczególnie pierwsze tygodnie. Byłem sam. Ale pamiętam, że zabrałem ze sobą do Warszawy krzyż i obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Powiesiłem je sobie nad łóżkiem. Pamiętam taki wieczór, że spojrzałem na krzyż i zacząłem płakać. Wtedy przyszło mi do głowy, żeby przed zajęciami iść następnego dnia na mszę świętą do kapucynów na 8. I tak zostało przez cztery lata. Codziennie byłem na mszy o 8. Eucharystia mi uratowała życie. Ważne były też spotkania na Długiej. Z Dzikiem, Maleo.
Zostałeś neonem?
Nie. Nigdy nie trafiłem do wspólnoty. Ale pamiętam tamte spotkania na Długiej. Widziałem modlącego się Malejonka, i myślałem taki facet, w takim miejscu, modli się tak mocno. Zakolczykowany z każdej strony, i tak się modli. On mnie zauważył, zdziwił się, że jestem ze szkoły teatralnej i zabrał mnie na kolację. I wsiąkłem. Ta grupa, te spotkania dawały mi siłę, otwierały mnie. Czułem, że to jest moje miejsce, ale też dawało frajdę. Życie zaczęło się składać w całość. Rano kościół, potem zajęcia i wszystko szło do przodu.źródło; /www.fronda.pl/ 
Fotografie źródło: 123people.pl oraz z serialu "Czas Honoru" se.pl
See video