Takie spotkania dają nadzieję - wywiad z Adam Woronowicz gościem tegorocznego Jerycha

Takie spotkania dają nadzieję - wywiad z Adam Woronowicz gościem tegorocznego Jerycha
Będzie Pan gościem pratulińskiego „Jerycha Młodych”, święta młodych katolików diecezji siedleckiej. Nie jest to jedyna taka inicjatywa, w której bierze Pan udział, w wywiadach również mówi Pan o Bogu, Kościele, zbawieniu. Czym jest dla Pana wiara?

Często odpowiadam na to pytanie. Jednak tak naprawdę nigdy się nad nim nie zastanawiałem, bo wiara zawsze była w moim życiu czymś naturalnym, trochę jak kromka chleba, czymś, co przekazali mi rodzice i dziadkowie. Od najmłodszych lat w moim rodzinnym domu chodziło się do kościoła, odmawiało różaniec. Dzisiaj wiara jest dla mnie fundamentem. To, że wierzymy, jest piękne, lecz musi być także poparte spotkaniem z żywym Bogiem. Pamiętajmy, że wiara jest łaską, darem, ale i talentem, który został nam dany po to, by go rozwijać.

W środowisku show-biznesu takie słowa nie są zbyt popularne. Podobnie jak te, że „nasze życie to ostatecznie walka o zachowanie wiary, o zbawienie. Z tym nie ma żartów”.

Kompletnie się tym nie przejmuję. Gdybym dbał o popularność, musiałbym zrezygnować z tego, co dla mnie najważniejsze.

Są media, które z wręcz z ironią mówią bądź piszą o tzw. katocelebrytach. Podśmiewają się ze znanych osób, które publicznie mówią o swojej wierze, zarzucając im, iż „lansują się na Kościele”.

Tak jest, było i będzie. Według mnie nie ma nic zdrożnego czy strasznego w tym, że się z nas śmieją. Zważywszy na fakt, iż kiedyś za wyznanie wiary krzyżowano ludzi, jesteśmy w komfortowej sytuacji.

Może ta ironia wynika z tego, że Polacy, choć w większości deklarują się jako katolicy, nie przywykli jednak do takich słów w ustach aktorów, piosenkarzy, telewizyjnych prezenterów itd. Publiczne opowieści znanych ludzi o swojej wierze czy duchowych wyborach uznawaliśmy za naturalne w dwóch przypadkach: kiedy dotyczyło to osób starszych, które podsumowują życie, albo gdy słuchaliśmy o spektakularnych nawróceniach, tak jak to było kilka lat temu z artystami z tzw. kręgu chrześcijańskiego rocka, np. Roberta „Litzy” Friedricha, Tomasza Budzyńskiego, Darka Malejonka.

Nie zapominajmy, iż o wierze słyszeliśmy również przy okazji każdej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Inna sprawa, że gdy papież wyjeżdżał, wszystko wracało do „normy”. Może to specyfika naszego kraju? Wracając do pytania, są ludzie, którzy nie chcą mówić o swojej wierze. Znam takich w swoim środowisku. Są wierzący, sprawy wiary są dla nich bardzo ważne, ale nie czują potrzeby, by dzielić się swoimi poglądami ze światem. Czasami mam wrażenie, że dzisiaj znacznie łatwiej mówi się o seksie, a trudniej o wierze. Kiedyś było odwrotnie.
Ludzie uważają, że opowiadanie o Bogu, Kościele stało się wręcz obciachem, a opowieści o tym, z kim się sypia, są czymś zupełnie normalnym.

Szkoła aktorska nie zachwiała Pana wiarą? Wielu młodych ludzi wyjeżdżając na studia, często zrywa kontakty z Kościołem.

Jadąc do stolicy, zabrałem ze sobą krzyż i obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, które powiesiłem nad łóżkiem. Nie była to jednak żadna manifestacja mojej wiary, dla mnie to naturalne. Po prostu zawsze potrzebowałem kontaktu z Kościołem. Codziennie przez cztery lata przed zajęciami uczestniczyłem w Mszy św. Eucharystia uratowała mi życie.
Dla młodych ludzi studia zawsze są sprawdzianem wiary. Inaczej żyje się w rodzimej społeczności, a inaczej w obcym mieście. Samotność, nowe środowisko sprawiają, że łaknie się życzliwości drugiego człowieka. Jedni szukają jej w duszpasterstwie akademickim, inni gdzie indziej.

Czy to prawda, że proboszcz z Pana rodzimej parafii św. Rocha w Białymstoku powiedział kiedyś o Panu: „materiał na księdza poszedł w aktory, na zmarnowanie”. Nie żałuje Pan tego że został aktorem? Nie myślał Pan o kapłaństwie?

Księża przekonywali mnie, że byłbym dobrym kapłanem. Zastanawiałem się nad tym. Jednak skoro dzisiaj jestem aktorem, to widocznie myślenie o kapłaństwie było tylko moje, a nie Boga. Często jest tak, że chcemy sami stanowić o sobie, nie pytając o wolę Pana, o to gdzie On nas chce, gdzie nas widzi. Pewnie gdybym miał być kapłanem, byłbym nim. Jednak Bóg wybrał dla mnie inną przyszłość: aktorstwo. Dzisiaj czuję, że jestem na swoim miejscu. Wielu moich kolegów poszło do seminarium. Są teraz dobrymi kapłanami. Kiedy jest się tak blisko Kościoła, pytanie o pójście do seminarium nasuwa się samo. A na moim podwórku wszyscy byli ministrantami. Albo w kościele katolickim, albo w cerkwi św. Mikołaja. Mnie ustrzelił teatr.

Czy to prawda, że w trakcie studiów w Akademii Teatralnej mieszkał Pan w klasztorze?

Przez rok miałem taką możliwość. Jestem bardzo wdzięczny oo. kapucynom z ul. Miodowej nie tylko za to, iż dali mi dach nad głową, ale również za to, że przez cztery lata mogłem tam służyć i jeść. Bywało, że obiad u oo. kapucynów był jednym z nielicznych ciepłych posiłków w ciągu tygodnia. Mimo to był to naprawdę fajny czas.

Tydzień przygotowań do roli w filmie „Popiełuszko” spędził Pan w seminarium, w którym pracował ks. Jerzy. Co dało Panu to doświadczenie?

Zweryfikowałem swoje poglądy na temat kapłaństwa. Byłem przekonany, że do seminarium idą ci, którzy uciekają przed życiem. Tymczasem spotkałem tam fajnych, odważnych młodych ludzi, którzy szukają odpowiedzi na pytanie o wolę Bożą względem nich. Dzięki nim zrozumiałem, że powołanie zawsze jest łaską. Tajemnicą, która rozgrywa się w sercu człowieka. Kapłaństwo to szczególne zadanie i wielka odpowiedzialność. Dlatego dzisiaj, kiedy od księży wymaga się niemalże heroizmu, a z pewnością więcej niż od zwykłego człowieka, powołanie powinno być dobrze rozpoznane.

Postać bł. ks. J. Popiełuszki była w Pana życiu obecna niemalże od najmłodszych lat. Czytałam, że grał Pan w piłkę, kiedy do białostockiego prosektorium, które znajdowało się obok boiska, nyska przywiozła zwłoki ks. Popiełuszki.

Pamiętam to doskonale. Miałem wówczas 11 lat. Wraz z kolegami grałem w piłkę. O śmierci ks. Popiełuszki wiedzieliśmy, że stała się rzecz straszna. Pobiegliśmy do prosektorium, ale nie mogliśmy się dopchać, tylu było tam ludzi. Nawet przez myśl mi nie przeszło, jak blisko będę kiedyś obok ks. Jerzego.
To, co związane jest z obecnością ks. Popiełuszki w moim życiu, pojmuję jako pewną tajemnicę. Jednak wydaje mi się, że potrzebuję czasu, by ją zrozumieć.
Mogę powiedzieć, że słowa ks. Jerzego, jego postać wciąż we mnie żyją. Jestem zapraszany na przeróżne spotkania, jak np. to w Pratulinie, właśnie dlatego, że zagrałem ks. Popiełuszkę. Czuję, że powinienem dzielić się tym, co wydarzyło się podczas realizacji filmu i w moim życiu. Nie chcę, by zabrzmiało to zbyt patetycznie, ale czuję, iż jestem do tego wezwany. Udział w tym filmie przewartościował moje spojrzenie na pewne kwestie, m.in. kapłaństwo czy ludzkie sprawy. O tym zresztą będę chciał opowiedzieć podczas „Jerycha Młodych”.

Zdjęcia do filmu „Popiełuszko” były kręcone w wielu miejscach bliskich ks. Popiełuszce. Mógł Pan również zagrać w jego liturgicznych szatach.

Ten moment i ta scena były bardzo silnym przeżyciem dla mnie, jak i całej ekipy. Stało się to w Bydgoszczy, a konkretnie w kościele Braci Męczenników, gdzie kręciliśmy ujęcia. Szukaliśmy szat podobnych do tych, w których ks. Jerzy odprawiał Mszę św. W pewnym momencie przyszedł kapłan, zaprowadził nas do kaplicy pamięci i wyjął z szafy autentyczne szaty, w których ks. Jerzy odprawił swoją ostatnią Eucharystię. Jednak więcej o swoich przeżyciach dotyczących tego doświadczenia opowiem podczas „Jerycha Młodych”.

Dlaczego warto przyjechać 21 i 22 czerwca do Pratulina?

Bo warto dać czas Bogu, bo to zawsze zostanie pomnożone. Poza tym takie spotkania dają inną perspektywę, nadzieję, umacniają. Potwierdzają, że nie jesteś sam.

Dziękuję za rozmowę.

Z Adamem Woronowiczem, aktorem, odtwórcą roli ks. Jerzego Popiełuszki w filmie pt. „Popiełuszko. Wolność jest w nas”, rozmawiała Jolanta Krasnowska-Dyńka. Wywiad ukazał się w tygodniku Echo Katolickie, nr 22 (30 maja – 5 czerwca 2013 r.).